Menu Zamknij

Złodzieje kocyków.

Złodzieje kocyków #27

Było lato. A przedpołudnia – bardziej senne niż zwykle, lecz tutejsi bezdomni budzili się wcześnie. Najpierw długo wysiadywali na osiedlowej ławce, on i ona, niezainteresowani niczym. To , oczywiście pozory. Nie planowali wprawdzie dalekiej przyszłości, ale  co kilka dni ulegali pewnej  pokusie. Ta pokusa stawiała wychudzoną kobietę na czatach, tuż przy małej cukierni z trzema stolikami przy ulicy, z sześcioma krzesełkami, na których wisiały lekkie, kolorowe kocyki. Te kocyki właśnie chwytał jej umęczony życiem towarzysz,  udający zrelaksowanego spacerowicza, spuchniętego, w brudnych ubraniach, z kołtunem siwych włosów, ale na naturalnym luzie. Potem trzymał je mocno i starał się iść tak szybko, jak szybko pozwał na to jego aktualny stan. Zazwyczaj nie za szybko. Ale były dni, gdy nawet podbiegał, chociaż to mogło zwracać uwagę.  Najczęściej za nim wybiegała właścicielka cukierni,  krzycząc – rzuć to natychmiast!

I on zawsze rzucał.

A ona, obserwując wszystko zza rogu, krzyczała do niej – Ej, niech mu pani dopieprzy!

Co ciekawe – żaden przechodzień nigdy nie zareagował. Jakby porwanie kocyka miało jakieś niejasne przyzwolenie, malowniczego czynu o niskiej szkodliwości. Bardzo nieładnie, jednak …

Nigdy się nie dowiedziałam czy bezdomna para posiadała tajny skład tych ukradzionych kocyków, czy otulali się nimi w gorące popołudnia i w chłodniejsze noce, czy po prostu patrzyli w tę intensywną różowość lub niebieskość kocykowych barw – jak w telewizor? 

Czy sprzedawali je komuś za piwo? Ale komu?

Złodzieje kocyków każdego ranka sprawdzali czujność świata. A ty jak sprawdzasz potencjały, które ma dla ciebie ta rzeczywistość, hm.? Co dziś jest twoi kocykiem.

milkamalzahn.pl